raw fo sraeg

październik 13, 2008


“Things Have Changed.”
Słuchajcie dzieci, opowiem wam bajeczkę. Więc – na planecie Sera – takim odpowiedniku ziemi, trwa wielka (bo już 14-letnia), wyniszczająca wojna między ludźmi a wrogą rasą kosmitów. Jednak to nie tacy zwykli, zieloni ufoludkowie jakich znamy np. z filmu “Marsjanie atakują” lecz wielkie, krwiożercze bydlaki – Locust’y. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana, w końcu to shooter, więc nie należy oczekiwać cudów. Marcus Fenix, właśnie wyciera śluz którym przed chwilą został opluty przez kraty nad jego głową gdy nagle drzwi od jego celi otwierają się z hukiem. Od razu poznaje masywną sylwetkę swojego kumpla Dominica. No dobra, to nie będzie taka zwykła bajeczka na dobranoc.

Rated M for Mature.
Nic nie sprawia takiej przyjemności jak zajście od tyłu naparzającego do naszych ziomków Locusta i wyprucie mu flaków bagnetem łańcuchowym. Tak, zgadliście to gra tylko dla dorosłych. Krew leje się strumieniami (o dziwo obcy też mają czerwoną juchę), a jeśli się postaramy to możemy celnym headshotem sprawić, że komuś braknie pewnej ważnej części ciała ale od wrogów oczekujcie dokładnie tego samego, jeśli wejdziemy linię ognia cięższych broni z Marcusa nie zostaje praktycznie nic, o czym kilka razy sam się boleśnie przekonałem, więc jak sami widzicie jest dosyć brutalnie. Czyli tak jak lubimy najbardziej :)

“You Gears all suck”
Epic użyli znanego już z RE4 sposobu przedstawiania akcji – podczas eksploracji widzimy normalnie postać ale gdy zaczyna się walka, używamy widoku z nad barku i nie ma w tym nic złego bo to bardzo dobre rozwiązanie, ale w pewnym momencie wydawało mi się że developerzy podpatrzyli z Residenta pewien level a dokładniej chodzi mi o jazdę wagonikami i akcję w kopalniach – przynajmniej mi od razu do głowy przychodziła 4 części hitu Capcomu.

Trzon rozgrywki wygląda tak, że: uważnie rozglądamy się po pustym, złowieszczo wyglądającym placu, nie ma nikogo, przechodzimy powolutku i nagle zaczyna się piekło, zewsząd wybiegają chmary Locustów. My urządzamy sobie szaleńczy bieg do najbliższej osłony i chowamy się i w tym momencie zaczyna się zabawa w wychylanie zza osłony – strzelając krótkimi seriami, staramy się odstrzelić mutantom łby, czasem sytuacja wymaga ewakuowania się do następnej osłony i tak w kółko w różnych sceneriach i z różnymi konfiguracjami przeciwników. Na sucho nie wygląda to zbyt ciekawo co? Nic bardziej mylnego. Strzelaniny są bardzo intensywne (choć nie aż tak jak w CoD4) i sycące, możemy strzelać na ślepo wystawiając tylko broń, co wygląda bardzo fajnie. Zresztą cała gra od broni przez naszych bohaterów, przez wrogów a na pojazdach kończąc ma mistrzowski design i klimat. Niby futurystyczny ale bardziej w stylu Killzone niż Quake’a. Nie ma kolorowych broni itp. Itd. Mi taki klimat jak najbardziej odpowiada i nie sądzę żeby pod tym względem gra się komuś nie spodobała.

“Darkest Before Dawn”
Grafika to cudo, przy ustawieniu wszystkiego na full i w wyższej rozdziałce gra wygląda przepięknie dodajmy do tego klimat ciężkiej, brudnej wojny i macie piorunujący efekt ale czy mogło być inaczej jeśli to gra EPIC? Twórcy Unreal Engine 3 wykonali kawał solidnej roboty i napisali silnik na którym zarabiają niesamowitą kasę. Generuję on niesamowicie szczegółową grafę dopakowaną toną nowoczesnych efektów, których nazwy nam zwykłym śmiertelnikom niewiele mówią. Musicie zobaczyć burzę w jednym z leveli, lejący deszcz czy ostatni poziom w grze, po prostu piękne. Szkoda tylko, że możemy obrócić w pył raptem kilka przedmiotów – ot jakieś szafki czy kanapy, miło było by wywalać dziury w ścianach i podłożu tym potężnym arsenałem. Dźwięk to też pierwsza klasa, odgłosy broni, porykiwanie wrogów, wybuchy – wszystko jest na swoim miejscu a pompatyczna muzyka dodaje dramatyzmu starciom.

“Tick Tick Boom”

Mamy kilka ciekawych broni, a pewną nowością jest active reload, który polega na tym, że podczas przeładowywania broni w odpowiednim momencie naciskamy przycisk 2 raz i dostajemy bardziej zabójczą amunicję. Bardzo fajna sprawa, nie pozwalająca ani na chwilę odetchnąć, bo cały czas trzeba czuwać – poziom adrenaliny drastycznie wzrasta gdy biegnie na nas wielki, ohydny bydlak z bagnetem łańcuchowym a my szarpiemy się z karabinem, który zaciął się po niewłaściwym przeładowywaniu. Jeszcze o broni – choć zbyt dużego wyboru nie ma to jest kilka ciekawych sztuk – jak np. łuk z wybuchowymi strzałami, dzięki któremu możemy się zabawić w Rambo, lub Hammer of Dawn – oznaczamy nim dany cel, na który po chwili spada prawdziwa ciężka artyleria.

Multiplayer to dzisiaj bardzo ważny tryb więc oczywiście jest i tutaj. Lecz tu, oprócz standardowego multi jest też kooperacja, nie ma to jak przejść grę z kumplem przy okazji komunikując się głosowo. Daje to o wiele większą frajdę niż samotne przebijanie się przez grę ale to chyba nic dziwnego, w końcu we dwoje zawsze raźniej. W koopie jeden gracz kieruje Marcus’em a drugi Dom’em.

“Evolution”
Podsumowując – Gearsy to jedna z najlepszych gier w jakie grałem. Przemyślana od początku do końca, bardzo dobrze skonwertowana, nie podczas grania nie przydarzył mi się ani jeden bug, chociaż czasem denerwowało mnie gubienie się ziomków sterowanych przez AI. To gra z piękną grafikę i muzyką z miażdżącym klimatem – diament praktycznie bez skazy, bez nudnych momentów – 100% gameplay’u w grze.  Nie zapominajmy także o dodatkowym epizodzie (walka z Brumakiem) który dostaliśmy w prezencie a którego na konsolach nie ma. Polecam każdemu fanowi strzelanek i nie tylko, dzięki poziomowi casual gra może przyciągnąć do siebie nowych adeptów fragologii. Oby jak najwięcej takich gier.

9.7/10

What do You do For Money Honey?

październik 13, 2008

Kolejna notka, o kolejnej legendzie rocka.

AC/DC to surowe, hard rockowe granie prosto z kraju bumerangów – Australii. Ten zespół to kwintesencja ostrego, bezkompromisowego rocka, z jednym z najbardziej szalonych i rozpoznawalnych wokali w historii, którego absolutnie nie da się pomylić z niczym innym.

Zespół został założony w Sydney w 1973 roku, przez dwóch gitarzystów – braci Young. Przed wydaniem pierwszego albumu muzycy mieli drobne problemy z doborem składu, lecz we wrześniu 1974 do zespołu przyjęto wokalistę Bon’a Scott’a i w 1975 AC/DC wydało swój pierwszy album – High Voltage – lecz tylko w rodzinnym kraju. Reszta świata dostała album w 1976 i w niczym nie przypominał orginalnej wersji a to dlatego, że była to raczej składanka hitów z 2 pierwszych płyt – “High Voltage” i T.N.T.”, wersja ta zawierała takie hity jak “T.N.T.”, “It’s A Long Way To The Top” czy “Can I Sit Next To You Girl”. Później kariera zespołu nabrała tempa, zespól zyskał w ogromną popularność w Australii i ruszył na podbój reszty globu, wydał też w 77 roku świetną płytę “Let there be Rock”. W 1979 roku grupa wydała album “Highway to Hell” – ostatni album z wokalistą Bon’em Scott’em, który zmarł w 1980, a powód jego śmierci był dosyć wstydliwy – po solidnej popijawie udusił się własnymi wymiocinami. Dalsza kariera AC/DC zawisła na włosku ponieważ jego członkowie rozważali rozwiązanie grupy, jednak do tego nie doszło (dzięki Bogu!) i na miejsce tragicznie zmarłego przyjęto Brian’a Johnson’a. Także w 1980 zespół wydał swój najlepiej sprzedający się album “Back in Black”(największe hity – Hells Bells, Back in Black, Let Me Put My Love Into You), a w 81 również bardzo popularny “For Those About to Rock We Salute You”(For Those About to Rock, Put the Finger on You, Inject the Venom). Po tych wydarzeniach chłopaki zaliczyli mały spadek formy, lecz w 1986 powrócili do łask z albumem Who Made Who który był soundtrackiem do filmu “Maximum Overdrive” a zarazem czymś odpowiadającym idei “the best of”. Następnie AC/DC wydało “Blow up your video” (1988), który sprzedał się bardzo dobrze, podobnie jak następny “The Razor’s Edge” – który jest obok “Back in Black” moim ulubionym. Później był Ballbreaker i w 2000 ostatni studyjny album – Stiff Upper Lip. W 2003 zespół został wprowadzony do Rock and Roll Hall of Fame, a niedawno bo w kwietniu br. muzycy poinformowali, że pracują nad nowym studyjnym albumem, bardzo ciekawi mnie czy zmęczony już tym wszystkim Johnson da sobie radę.

Thunderstruck

Back in Black

Hell’s Bells

We Will Rock You!

październik 13, 2008

Dzisiaj chciałem wam nieco przybliżyć jeden z najlepszych zespołów-legend rockowych.
Queen powstał w 1970 roku w Londynie po odejściu z grupy Smile jednego z jej załozycieli – basisty Tim’a Staffell’a. Wtedy z inicjatywy Freddie’iego Mercury (urodzonego jako Farrokh Bulsara) zespół zmienił nazwę na Queen.
Na miejsce Tim’a został przyjęty John Deacon. Choć Freddie Mercury – wokalista – podkreślał że wszyscy członkowie zespołu są tak samo ważni to jednak on był trzonem zespołu i jego elementem rozpoznawczym.
Jego image sceniczny nie każdemu się spodoba (mi też nie) ale śpiew jak najbardziej. Uważam że to najlepszy wokalista w historii rocka, jego głos jest piękny, kojący, czysty, nie łamie się przy trudnych momentach. Mercury radził sobie równie dobrze w balladach jak i w trochę ostrzejszych piosenkach.
Queen wydał 15 studyjnych albumów, a na nich wprost ogromne ilości hitów – że tylko wspomnę o takich utworach jak: We are the champions, We will rock you, Bohemian Rhapsody, The show must go on, A kind of magic, I want it all, Killer Queen, Another one bites the dust. Płyty Queen dostawały najrozmaitsze wyróżnienia, przebywały na szczytach list przebojów, a kompilacja Greatest Hits pokryła się jedenastokrotną platyną (!). Mercury zmarł w 1991 roku na AIDS, płacąc za swój kontrowersyjny tryb życia najwyższą cenę. Pozostali członkowie zespołu wydali jeszcze w 1995 płytę Made in Heaven, do którego partie wokalne Freddie nagrał jeszcze za swojego życia.
Komuś słuchającemu muzyki rockowej po prostu nie wypada nie znać tego zespołu (a także kilku innych legend ale to może kiedy indziej). Mam nadzieję że zachęciłem kogoś tą króciutką notką do zapoznania się z twórczością Ferdka i spółki. :)

The Show Must Go On

Bohemian Rhapsody

We Will Rock You

Killer Queen

Movin Out

październik 13, 2008

Przeprowadzka zakończona, przeniosłem sobie teksty z gram.pl tutaj i zaczynam blogowanie.

“Crash, Crash, Crash”

październik 13, 2008


Jako, że jestem świeżo po (ponownym) skończeniu wszystkich 3 części (w tym pierwszej i drugiej na 100% a trzeciej na 98%) chciałem co nie co napisać o zabawnym kurokradzie i jego spółce.

●Crash Bandicoot

Grając w trylogię zauważyłem, że część pierwsza jest najmniej user-friendly czyli po prostu najtrudniejsza. Dlaczego? Ano, dlatego żeby dostać diament za pudełka – a w każdej planszy jest jeden taki a że diamenty te są wymagane do 100% więc podobni mi zjebiszcze, którzy uwielbiają masterować gry będą mieli ciężką przeprawę bo musimy zebrać wszystkie pudełka nie tracąc ani jednego życia, więc nawet jeśli dojdziemy do check-point’u i spadniemy w przepaść to musimy wychodzić do mapy i na nowo przechodzić dany etap. Trochę to frustrujące ale cóż – takie życie hardcore’owca :) Jedynka ma najgorszą (ale nie brzydką) grafikę z wszystkich trzech części (łał ale odkrycie), modele postaci są takie toporne, choć mi się podobają i mają taki swój kreszowy klimacik. To samo z levelami, są ładne, kolorowe i zróżnicowane ale to akurat w każdej z trzech psx’owych części tak jest (swoją drogą, seria po odejściu PSX’a z naszego świata stoczyła się niemiłosiernie, jedynie pierwsza część na PS2 czyli Wrath of Cortex była nawet spoko. Wszystkie późniejsze to już zupełnie nie to, czuć że to nie ten developer, Crash mimo narzekań na brak innowacji powinien zostać w 2,5D jakim zawsze był. Dobra wracamy do tematu…)

●Crash Bandicoot 2

Druga część zaczyna się dokładnie w tym momencie w którym kończy się jedynka – pokonany Cortex nadal spada po pokonaniu go przez nas w pierwszej części, co wygląda jakbyśmy po prostu włożyli do napędu drugi dysk, fajny patent. Pan Neo C. dość znacznie zmienił wygląd wyspy po której poruszaliśmy się poprzednio, bo niby to ta samo miejsce jednak zostało w znacznym stopniu zmechanizowane i przemodelowane wg. gustu złego doktorka. Ryby, szczury są w połowie robotami, a Riper Roo zdobył tytuł doktora (sic) bardzo podoba mi się taka zmiana klimatu, doceni to ktoś kto grał w jedynkę. Choć nadal jest śmiesznie i wesoło.

Jeśli chodzi o mechanikę gry to zmienił się sposób zdobywania diamentów, teraz jeśli po dojściu do check-pointa zostaniemy zmiażdżeni betonowym blokiem, zeżrani przez zmutowaną roślinkę czy stracimy życie w równie ekscytujący sposób, nie musimy zaczynać levelu od nowa, zebrane pudełka pozostają na naszym koncie. To znaczne ułatwienie lecz wcale nie jest tak łatwo jak mogłoby się wydawać, grając na pudełka przy niektórych levelach można naprawdę pogryźć palce z nerwów. Także ilość diamentów się zmieniła, teraz żeby gra zaliczyła nam level musimy zdobyć w każdym z nich fioletowy gem dodatkowo mamy diament za pudełka a czasem też trzeci diament, do którego można się dostać dochodząc bez utraty życia na platformę z czaszką i przejście morderczego odcinka zakończonego diamentem. Inaczej też odbywa się wchodzenie do etapów – nie ma wyspy tylko mamy pięć warp-roomów, w każdym po 5 etapów i walka z bossem.

Podoba mi się sposób w jaki zostały poukrywane bonusowe plansze – np. w kanałach mamy czasem 2 odnogi z czego jedna zawsze kończy się ślepym zaułkiem a tu w jednym miejscu mamy ścianę-hologram za którą czeka teleport do ukrytego levelu, całkiem sprytne :)

●Crash Bandicoot 3

Trzecia część. Najlepsza graficznie, najbardziej przyjazna graczowi jeśli chodzi o ukończenie jej w stopniu podstawowym lecz ukończenie w 100% (a właściwie to w 105) to inna sprawa. Wszystko to za sprawą time-trialów, przechodzenie gier na czas zawsze pompowało mi dużo adrenaliny i tu jest tak samo, chcąc uzyskać najlepszy czas, biegnąc na złamanie karku przez level często popełniamy błędy a tutaj błąd równa się zaczynaniu od nowa, żeby zdobyć złotą relikwię (wymagane do 105%) na niektórych planszach trzeba wykręcić naprawdę chore czasy. Poza tym raczej bez zmian, pojawił się nowy typ plansz – na skuterku wodnym i latanie samolotem, dość ciekawe w pierwszym trzeba uważać na rozstawione pływające bomby w drugim musimy zestrzeliwać cele powietrzne. Przy części numer trzy wypada wspomnieć o bardzo fajnie pomyślanych walkach z bossami bo w poprzednich częściach zawsze kilka było fajnych a kilka słabych.

Reasumując Kreszowa seria to jedna z najlepszych gier na stareńkiego PSX’a, (a grając w to na PSP to zupełnie prze-zajebista sprawa, wcześniej nigdy nie myślałem że w niedalekiej przyszłości będę mógł grać w ulubione klasyki np. w autobusie) seria która według mnie nie starzeje się nigdy. Można pograć chwilkę i się od stresować, pośmiać się z zabawnych animacji śmierci liska a jeśli ktoś szuka wyzwań to też je tu znajdzie (czasem naprawdę hardkorowe). To tyle na dziś.

“It brings back memories”

październik 13, 2008

Jako, że już nie mogę usiedzieć w miejscu i z niecierpliwością czekam aż szanowna Ultima przyśle mi moją kopię edycji kolekcjonerskiej MGS4, chciałem wam przybliżyć trochę historię mojej znajomości z serią.
Pierwsze spotkanie z grą nastąpiło gdy byłem u sąsiadki która miała PSX’a i grała w demo MGS’a z “TOTAL PlayStation”. Choć było to dość dawno, a ja byłem młody i głupiutki to od razu spodobała mi się gra gdzie można było bawić się w moją ulubioną zabawę w chowanego ze strażnikami :) Nie pamiętam kiedy dokładnie ale następny kontakt miałem już z pełną wersją u innego sąsiada, który też miał szaraka (ja nie miałem). Graliśmy z opisem (z wyżej wspomnianego TPS) ale niestety zacięliśmy się na poziomie B2 – w miejscu gdzie trzeba wysadzić zagipsowane ścianki C4, żeby dostać się do Ocelota – za cholerę nie rozumieliśmy gdzie mamy szukać tych ścianek, co dzisiaj wydaje mi się dosyć śmieszne i tym sposobem gra została odłożona na półkę na jakiś czas. Jednak ja nie mogłem długo wytrzymać bez MGS’a i w końcu kiedyś po godzinach błądzenia po bazie odkryłem w końcu co i jak. Do dzisiaj mam zaznaczone w opisie to przeklęte zdanie o wysadzaniu ścianek. Dalsza część gry zleciała nam już normalnie, no może poza dojściem do Sniper Wolf (pamiętam jak dzisiaj tę adrenalinę podczas walki i zaschnięte gardło z nerwów) bez sejwów bo nie wiedzieliśmy co zrobić żeby nagrać stan gry. Ukończyliśmy grę, ja dalej odwiedzałem kolegę, graliśmy w inne gry, aż w końcu doczekałem się swojej konsolki, na którą od razu załatwiłem sobie kilka gier w tym MGS’a, wraz z VR MISSIONS. Przeszedłem jedyneczkę jeszcze kilka razy, jednak w pełni pojąłem fabułę i wszystkie jej twisty dopiero gdy ukończyłem grę na PC stosunkowo nie dawno bo koło 2004/2005 roku. Także coś koło tego kupiłem MGS2 po długich poszukiwaniach na PC za pamiętną sumę 180 zł (używka, allegro). Dalej było PS2, które kupiłem dla MGS3, bo nie chciałem znowu się katować i czekać 3 lata żeby zagrać w najnowszego Metala – te 3 lata to był najgorsze co mnie jako fana serii spotkało, czytałem chyba ze 100 razy recenzję w Neo i czekałem, jak w końcu wydali na pc to znowu nie mogłem gry znaleźć w żadnym sklepie, o co to był za koszmar. Ciekawą rzeczą jest to, że najpierw złożyłem preordera i jak już mi doszła gra to miałem czekać do kwietnia z nią na urodziny na które dostałbym konsolę, jednak nie wytrzymałem i namówiłem rodziców, żeby mi wcześniej sprezentowali konsolkę. Udało się, to był prawdziwy szok, byłem szczęśliwy jak nigdy, końcówka gry wycisnęła mi kilka łez (zresztą poprzednie części też). Po ukończeniu 3 przechodziłem jeszcze poszczególne części kilka razy zaliczałem sobie misje w Substance i Subsistence, grałem z nową kamerą, ale żałuję że nie ukończyłem trójki właśnie z nowej perspektywy – jakoś tak nie chciało mi się, a w tym roku sprzedałem PS2, żeby zdobyć troszkę kasy na trzeciego Plejaka i na razie nie będą miał okazji, żeby powtórnie zagrać w Snake Eatera – ale to nic straconego, naprawię ten błąd jak będę miał przypływ kasy – kupię sobie PS2.
Pisząc te słowa – do premiery 4 części zostało 11 dni, przygotowania poczynione – preorder złożony, kupiłem sobie skromny, pasujący do pokoju telewizor lcd, przedwczoraj zamówiłem konsolę – wszystko gotowe teraz tylko czekać, mam nadzieję że przyślą mi grę wcześniej niż 12 czerwca. Liczcie na fotki gdy już wszystko do mnie szczęśliwie dojdzie :)

Od pierwszych zapowiedzi przeniesienia akcji najnowszego COD we współczesne realia, miałem na tą grę ogromne ciśnienie.
Wiedziałem, że Infinity Ward nie zawiedzie. I miałem rację.

Już po pierwszej treningowej misji gra startuje z kopyta – odwiedzenie statku na którym mamy zlokalizować “paczkę” – już tu gra pokazuje swoje piękno, misja toczy się w nocy w czasie sztormu co tylko potęguje klimat. Trzeba wspomnieć, że cała otoczka gry – briefingi odgrywane podczas loadingów, swego rodzaju scenki przed misjami jak np. lot helikopterem są przefachowo zrealizowane, można się naprawdę poczuć jakbyśmy byli w skórze komandosa. Dalej w grze trafiamy na bliski wschód – obiecuję że nie zapomnicie pewnego małego “wypadku” jaki tu nastąpi, do Rosji, mamy też mały flashback – misja w Prypeci na Ukrainie, niedaleko Czarnobyla, która powszechnie jest uważana za najlepszą misję w grze, naprawdę warto kupić grę tylko dla tej jednej misji – jest po prostu niesamowita. Ciche przekradanie się między strażnikami, zabójstwo które za pierwszym razem ciężko wykonać (sami zobaczycie) i to co następuje potem – mistrzostwo. Oczywiście nie walczymy sami… skończyły się czasy samotnego wojownika – Rambo, który w pojedynkę wyrzynał pół armii. Teraz praktycznie zawsze współpracujemy z kolegami z drużyny, co bardzo dodaje klimatu, tym bardzej że zachowują się całkiem sensownie i czasem rzucą fajne hasełko.

Musicie wiedzieć, że choć grafika jest piękna i za pierwszym podejściem do gry szokuje, efekty świetlne, specjalne są pierwszej próby to poważną wadą jest znikoma interakcja z otoczeniem – kilka beczek czy samochodów do rozwalenia i … to by było na tyle. Szkoda, że IW nie pokusiło się o zaimpletowanie zniszczalnego otoczenia, bo w tym aspekcie seria Call of Duty od pierwszej części stoi w miejscu, choć z drugiej strony nie przeszkadza to aż tak tym bardziej, że wreszcie dano nam możliwość przestrzelania słabszych ścianek czy drewna co ułatwia eksterminację wrogów. Nie wypada nie wspomnieć o fenomenalnej animacji żołnierzy – IW połączyło moc RagDolla z własnymi animacjami co w akcji wygląda wyśmienicie i bardzo naturalnie, jak cała oprawa. Dźwiękowo jest równie dobrze, muzyka rządzi dobrze zagrzewa do walki, choć gra składa się głównie z wybuchów i wystrzałów.

Co do fabuły – to wcale nie jest słaba, jak można by się było spodziewać po fpsie, przedstawiona historia może zaciekawić tym bardziej że jest przedstawiona w bardzo fajny sposób, o czym wspominałem już wyżej, ale dużo osób pewnie ją całkowicie oleje, bo samo strzelanie jest na tyle satysfakcjonujące że można się skupić tylko na nim a musicie wiedzieć, że autorzy troszkę nam Modern Warfare urozmaicili, czasem trzeba zniszczyć czołgi specjalną wyrzutnią, dostajemy też w łapki działka w samolocie krążącym nad wioską i prowadzimy ostrzał (sugestywne, czarno-białe filtry) , innym razem mamy dziki pościg po autostradzie – więc nie jest nudno, gra obfituje w niesamowite momenty, choć większoć z nim to jeden wielki skrypt – jednak nie uważam tego za jakąś wielką wadę, bo bez odpowiednio poskryptowanych wydarzeń poprostu nie dało by się osiągnąć takiego dramatyzmu. Przy pierwszym podejściu do Modern Warfare, radzę wybrać poziom trundości Normal – na wyższych jest zdecydowanie ciężej niż w poprzednich częściach, ale nie dlatego, że przeciwnicy robią się nadludzko silni lecz przez to, że terroryści bezwstydnie odradzają się gdzieś w niewidocznych miejscach i jeśli postanowmy przez chwile utrzymać jedną pozycję to nigdy nie wybijemy wszystkich wrogów i nie przejdziemy dalej – gra jest tak skonstruowana by cały czas napierać do przodu. Trochę szkoda że gra tak szybko się kończy, czasu gry nie liczyłem ale wątpie żeby na normalu dojechała do 10 godzin, jednak po skończeniu można sobie odpalić jeszcze raz ulubiony epizod (Prypeć anyone?) i przejść go jeszcze raz czy skorzystać dla zabawy z odblokowanych cheatów.
COD4 jest dla mnie spełnieniem marzeń, ponieważ uwielbiam nowoczesne pole walki, współczesne, prawdziwe bronie których mamy tutaj dość dużo od pistoletów (min. Beretta, Desert Eagle), karabinków maszynowych (MP5, P90) przez karabiny szturmowe (M4, AK47), snajperki (Remington 700, Dragunov) kończąc na granatach, c4 i cięzkich argumentach w postaci wyrzutni Stinger i ruskiego samo-skręcającego RPG-7 :) – wszyscy podobni mi maniacy będą zachwyceni – a dodatkowo w multiplayerze można bronie dowolnie modyfikować.

Skoro już wspomniałem o multi to wypada co nieco rozwinąć temat. Uważam, że COD4 został stworzony właśnie głównie z myślą o multi, który jest rewelacyjny. Wprowadzono levelowanie postaci – nasz bohater może mieć maksymalnie 55 level a po drodze odblokowują się bronie i dodatki (celowniki optyczne, tłumiki, kamuflaż) z których możemy sobie stworzyć własną klasę. Tu kolejna nowość – możemy sobie wybrać do klasy specjalne umiejętności – perki. Jest ich trochę i są różne, jedne pomagają w szturmie inne w skradaniu się więc każdy może grać wedle własnych upodobań, kombinacji jest sporo. Szkoda, że zabrakło customizacji wyglądu naszego komandosa, ale można to przeżyć. Z trybów gry nie pojawiło się nic nowego mamy Deadmatch (DM) , Team DM, Search&Destroy, Sabotage, Headquaters, Domination. Jeśli będziecie grać w multi koniecznie wypróbujcie tryb Hardcore, moim zdaniem jest dużo lepszy niż podstawowy – usuwa hud, zwiększa obrażenia broni i ogólnie czyni grę realistyczniejszą – trzeba się pilnować. Dodatkowo, gdy zabijemy pod rząd 5 i 7 wrogów dostajemy możliwość skorzystania z nalotu i hekoptera, które fragują na nasze konto. Na początek dobrze zacząć od deadmatchów, lub tdm żeby sobie oblokować co lepsze bronie i nabrać wprawy a później dopiero startować do S&D – w który trzeba grać bardziej taktycznie – nic na siłę bo zgon murowany.

Chociaż gra ma kilka małych skaz jak niezniszczalne otoczenie, wszech obecne skrypty czy przklęte respawny wrogów na większch poziomach trudności, to wcale nie umniejsza jej wielkości, gra jest piękna, niesamowicie intensywna, a w multi daje olbrzymią satysfakcję. To bezapelacyjnie najlepsza część serii, a do gry idealnej zabrakło naprawdę niewiele. Wiele osób nie zgodzi się z taką oceną ale …

9.8/10

PS3 – I’m coooming

październik 13, 2008

Zassałem sobie demka Uncharted, Motorstorm’a i Condemned Two.

Po Condemned spodziewałem się podobnej grafy jak w pierwszej części i nie zawiodłem się – co wcale nie musi być komplementem, ale na szczęście nie jest źle. A sama gra bardzo fajna i cholernie klimatyczna.

Potem Motorstorm – tutaj także – tego się spodziewałem grafika mnie nie zaskoczyła – jest bardzo ładna i w ogóle ale szoku nie doznałem. Słoneczko fajnie przyświeca, granie za pomocą czujników ruchu jest niemożliwe a przyzwyczajenie się do nowych eRek na sixaxisie nie przychodzi tak łatwo.

Nadszedł więc czas na Uncharted i tutaj naprawdę się przyznam, że grafa mnie wypatroszyła, śliczne twarze, włosy, przepiękna dżungla i woda. Właśnie – woda, coś niesamowitego, jeśli wejdziemy po kolana i wyjdziemy Nathan będzie miał fachowo umoczone spodnie, jeśli wejdziemy pod wodospad, zmoczymy się od stóp do głów – co wygląda po prostu zajebiście. Najlepsza grafa jaką w życiu oglądałem…  Samo strzelanie też jest grube, wymiany ognia są ostre i dają dużą satysfakcję.

Ogólnie co do sprzętu to jestem zadowolony, xmb pracuje bardzo fajnie, sprawnie, szybko także co do dashboarda nie mam zastrzeżeń.

“This is my final mission”

październik 13, 2008

Spoiler free, kto nie grał, też może bez obawy czytać.

Cmentarz. Białe płatki kwiatów powiewają na wietrze. Snake ubrany w elegancki garnitur z wolna podchodzi do grobu, wyciąga swoje ulubione “Big Boss’y”, odpala papierosa, kilka razy pociąga, delektując się smakiem. Jednak nie kończy go palić, chowa do pojemnika, potem do kieszeni. Wyciąga pistolet, ze spokojem w oczach spogląda na zimny kawałek stali, wkłada ręcznie jedną kulę do komory. Nie spiesząc się, klęka przed nagrobkiem, odwraca pistolet w swoją stronę, kamera leniwie odjeżdża w górę. Wszystko przy złowieszczych elektronicznych dźwiękach, którym towarzyszy piękny głos gitary akustycznej. Ja w szoku naciskam START i dostaję się głównego menu. Tak właśnie wygląda główny ekran, jeśli nie rozpocznie się gry a większość widząc TO nie śpieszy się z wchodzeniem do menu. Mam miliony myśli w głowie do przekazania, nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że MGS4 to dokładnie to czego oczekiwałem, że gra jest cudowna, że jest spełnieniem marzeń każdego fana? Ten kto żył i umierał przez te wszystkie lata razem ze Snake’iem będzie w niebie.

W najnowszej części serii, pojawiły się dość znaczne reformy w mechanice rozgrywki, przede wszystkim – kamera. Teraz nie ma już w ogóle starego widoku z góry, pozostał nam obecny już w Subsistence sposób przedstawiania akcji czyli rasowe tpp, z dowolną kontrolą kamery, do którego zaadoptowano znany z ostatnich głośnych hitów (choćby Gearsy czy wcześniej RE4) widok znad barku. Następną innowacją jest ulepszony, znany z również z MGS3 system kamuflaży – tylko tym razem zamiast strasznie męczącego ręcznego zmieniania jest pełna automatyka – Octocam – bo tak się zwie nowy outfit Snake’a, po przyklejeniu się do ściany, automatycznie dobiera kolor i teksturę pasującą do otoczenia. W praktyce sprawdza się świetnie, dużo lepiej niż czasochłonna ręczna zmiana z trzeciej części. Następna sprawa, to w sumie kolejne (po kamerze) zapożyczenie z genialnego Residenta cztery, a dokładniej – sklep, z tą różnicą że tutaj po pierwszym spotkaniu, możemy do sklepiku zajrzeć w każdej chwili – jak do codec’a. Tak – koniec z węszeniem w poszukiwaniu uszczuplonej amunicji – teraz gdy tylko mamy dość kasy (zarabiamy poprzez sprzedawanie podniesionych broni) możemy kupować co tylko chcemy. Tutaj kolejna dość wieka innowacja w serii, kustomizacja broni! U Drebina prócz naboi możemy dokupić granatniki, lunety, celowniki laserowe, tłumiki do posiadanych broni – jest tego bardzo dużo i cały ten gear przydaje się, bo teraz naszymi przeciwnikami są nie tylko żołnierze, ale powszechnie stosowane w walce, mniejsze wersje Metal Gear’ów – Gekko, które na wyższych poziomach trudności stanowią śmiertelne zagrożenie – jeden strzał z kopyta i Snake pada trupem, a nogi to nie jedyna ich broń. Co do Metal Gearów – doczekaliśmy się także całkiem zminiaturyzowanej ich wersji, a naszego pomocnika – Metal Gear Mk.II. To bardzo mała i sprytna bestia, działająca jako zwiadowca, może aktywować stealth i zbierać dla nas broń z pola walki, można także podkraść się do strażnika i przepuścić mu przez ciało kilkadziesiąt tysięcy volt. Gameplay, strzelanie są sycące i przyjemne, dlatego zadbano o to by po przejściu gry było co robić – dodatkowe przedmioty do kupienia u Drebina, rangi zdobywane za konkretne osiągnięcia (niektóre dość dziwne – co powiecie na rangę za bycie przyklejonym do ściany przez godzinę w trakcie całej gry?), nagrody za speedruny – masa, masa grania i odkrywania nagród, a nie wspomniałem jeszcze o MGONLINE, który też jest bardzo fajny, różni się znacząco od zwykłych strzelanek, rządzi się swoimi prawami (playboy’e heh :) i ma kilka ciekawych trybów gry.

O oprawie A/V nie będę się roztrząsał bo jak zawsze w Metalach jest doskonała, muzyka skomponowana przez Gregson-Williams’a jak zwykle nie zawodzi, soundtrack sam broni się nawet bez gry. Grafika też jest pierwszoligowa, piękne twarze, naturalna animacja, sugestywnie oddane środowiska w jakich przyjdzie nam walczyć, bliski wschód, dżungla, europejskie miasto, czy wreszcie … Ciii, sami zobaczycie.
No Place to Hide(o), hę? Obawiałem się tego hasła, że coś może nie wyjść, że coś pójdzie nie tak i z MGS zmieni się w coś zupełnie innego niż zawsze był, jednak niepotrzebnie. Hasło to było bardziej pod publiczkę bo chociaż mamy wojnę, wybuchy, ciągłą walkę i ogólnie zamieszanie – to nadal jest stary, dobry, skradankowy Metal. Nadal mamy alerty, wzywanie posiłków przez wrogich żołnierzy, pomimo tak wielu wyżej wymienionych zmian, nadal gra się podobnie jak w starszych częściach. Trzeba powoli i ostrożnie przesuwać się do przodu, ewentualnie po cichu likwidować stojących nam na drodze przeciwników – choć tu szkoda że zapomniano o bardzo dobrym pomyśle z MGS2 raportowaniu sytuacji przez strażników, pamiętacie? Stoi strażnik i powtarza co pół minuty – “nothing to report”, spóźni się z raportem, od razu wysyłają patrol. Po trailerze z Games Convention 2007 wiadome było, że jak w każdej poprzedniej części, pojawi się specyficzny oddział, który będziemy musieli pokonać, tym razem to piękne kobiety,
w egzoszkieletach – Beauty and the Beast. Fachowa ekipa, ale trochę szkoda, że ich historie nie są tak przedstawione jak w MGS i MGS2 ale też nie są tak płytkie jak ekipa Cobras z trójeczki. Starcia z bossami są pomysłowe i bardzo emocjonujące, zapewniam was – jakość zachowana, przy walce z pierwszą pięknością autentycznie się bałem bo nie wiadomo skąd zaatakuje, genialny klimat.

Dramat Snake’a podzielony został na 5 dość zróżnicowanych aktów, każdy poprzedzony kolejną nowością w serii – interaktywnym briefingiem, przeprowadzanym w bazie wypadowej – odrzutowcu Nomadzie. Interaktywnym bo można sobie zmieniać kamery, można pojeździć MkII po pokładzie i znaleźć kilka easter eggów, których swoją drogę jest tu istne zatrzęsienie i wyłapywanie ich sprawia wielką satysfakcję i jest ukłonem w stronę fanów.
Akcja toczy się 5 lat po incydencie na Big Shell. Z wojny w tradycyjnym sensie tego słowa zostaje, bardzo niewiele – na polach bitew królują Private Military Companies czyli firmy zarabiające na życie walką na czyjeś konto, nie ma miejsca na ideały, liczy się ten kto płaci. Najemnicy są podłączeni do systemu SOP – monitorującego działania żołnierzy 24/7, kontrolującego ich uczucia, ból, broń – słowem totalna kontrola.
Używane są też wspomniane, bezzałogowe Gekko, które sieją pożogę wśród rebeliantów. W tej rzeczywistości gdzieś między walczącymi stronami na pole walki wkracza nasz bohater i stara się odnaleźć w trudnej i ponurej next-genowej wojnie. O fabule nic nie mam zamiaru pisać bo to trzeba samemu przeżyć, Kojima miał bardzo trudne zadanie – musiał domknąć większość otwartych w poprzednich odsłonach wątków. Nie łatwo jest spoić w jedną, sensowną całość fabułę 20 letniej serii, przed premierą miałem pewne obawy czy to wszystko się uda. Hideo nie zawiódł, znowu mu się udało, udowodnił że jest wielki i choć trafią się rzeczy które trudno zaakceptować i które mogły być lepiej rozegrane to w ogólnym rozrachunku jest po prostu genialnie. Jest tu wszystko czego fan może oczekiwać, na nurtujące nas pytania odnośnie poprzednich części, zostają udzielone odpowiedzi, spotykamy starych “znajomych”, dowiadujemy się szokujących rzeczy, po których czasem trzeba sobie chwilkę przysiąść i przeanalizować pewne fakty. Gdy dotrzecie do czwartego aktu, zapewniam że otworzycie usta z podziwu i już wam tak zostanie do końca gry – który wywołuje podobne emocje jak w poprzednich częściach a końcówka to totalne zaskoczenie – wzruszyła mnie bardzo i mało brakło a uroniłbym łzę.

Jak już pisałem i wielu przede mną pisało i jeszcze napisze – to gra dla wielbicieli serii. Nie przechodząc starszych odsłon sagi nie wyłapiecie smaczków, mrugania okiem Kojimy a także nie zrozumiecie fabuły. Tak na prawdę to czy ktoś kto nie grał w poprzednie MGS’y w ogóle czekał na final mission Snake’a? Nie sądzę.

Jeszcze chciałbym tylko napisać że niestety nie można MGS4 z czystym sumieniem dać 10, bo kwestia techniczna pozostawia pewien niesmak – na początku 8 minut instalki, przed każdym aktem kolejne 2 minuty, a poza tym loadingi 10 sekundowe… Do tego bardzo niestabilny framerate.
Wiadomo, że to MGS – liczy się przede wszystkim fabuła, ale gameplay w 4 jest dużo lepszy niż w poprzednich częściach i można pograć dla samego funu z gry, dlatego chciałbym żeby nie było to głupio utrudnione przez takie głupie pomysły, bo można było dać jedną 15minutową instalkę i byłby spokój. Jeśli macie kilka sejwów i aktualnie gracie w 1 akt, a będziecie chcieli sobie odpalić 4 – to zgadnijcie co? 2 minuty instalki oczywiście! Strasznie irytująca sprawa i ale na szczęście to jedyna rzecz która nie zagrała, dlatego ocena brzmi:
9.9/10

ps: moje screeny z podróży przez MGS4 będą w nadchodzącej galerii, a tym czasem zobaczcie jakie modelki odegrały rolę Beaty and the Beast Unit’u:

Prawda, że Lyndall Jarvis rządzi i dzieli?