“This is my final mission”

Październik 13, 2008

Spoiler free, kto nie grał, też może bez obawy czytać.

Cmentarz. Białe płatki kwiatów powiewają na wietrze. Snake ubrany w elegancki garnitur z wolna podchodzi do grobu, wyciąga swoje ulubione “Big Boss’y”, odpala papierosa, kilka razy pociąga, delektując się smakiem. Jednak nie kończy go palić, chowa do pojemnika, potem do kieszeni. Wyciąga pistolet, ze spokojem w oczach spogląda na zimny kawałek stali, wkłada ręcznie jedną kulę do komory. Nie spiesząc się, klęka przed nagrobkiem, odwraca pistolet w swoją stronę, kamera leniwie odjeżdża w górę. Wszystko przy złowieszczych elektronicznych dźwiękach, którym towarzyszy piękny głos gitary akustycznej. Ja w szoku naciskam START i dostaję się głównego menu. Tak właśnie wygląda główny ekran, jeśli nie rozpocznie się gry a większość widząc TO nie śpieszy się z wchodzeniem do menu. Mam miliony myśli w głowie do przekazania, nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że MGS4 to dokładnie to czego oczekiwałem, że gra jest cudowna, że jest spełnieniem marzeń każdego fana? Ten kto żył i umierał przez te wszystkie lata razem ze Snake’iem będzie w niebie.

W najnowszej części serii, pojawiły się dość znaczne reformy w mechanice rozgrywki, przede wszystkim – kamera. Teraz nie ma już w ogóle starego widoku z góry, pozostał nam obecny już w Subsistence sposób przedstawiania akcji czyli rasowe tpp, z dowolną kontrolą kamery, do którego zaadoptowano znany z ostatnich głośnych hitów (choćby Gearsy czy wcześniej RE4) widok znad barku. Następną innowacją jest ulepszony, znany z również z MGS3 system kamuflaży – tylko tym razem zamiast strasznie męczącego ręcznego zmieniania jest pełna automatyka – Octocam – bo tak się zwie nowy outfit Snake’a, po przyklejeniu się do ściany, automatycznie dobiera kolor i teksturę pasującą do otoczenia. W praktyce sprawdza się świetnie, dużo lepiej niż czasochłonna ręczna zmiana z trzeciej części. Następna sprawa, to w sumie kolejne (po kamerze) zapożyczenie z genialnego Residenta cztery, a dokładniej – sklep, z tą różnicą że tutaj po pierwszym spotkaniu, możemy do sklepiku zajrzeć w każdej chwili – jak do codec’a. Tak – koniec z węszeniem w poszukiwaniu uszczuplonej amunicji – teraz gdy tylko mamy dość kasy (zarabiamy poprzez sprzedawanie podniesionych broni) możemy kupować co tylko chcemy. Tutaj kolejna dość wieka innowacja w serii, kustomizacja broni! U Drebina prócz naboi możemy dokupić granatniki, lunety, celowniki laserowe, tłumiki do posiadanych broni – jest tego bardzo dużo i cały ten gear przydaje się, bo teraz naszymi przeciwnikami są nie tylko żołnierze, ale powszechnie stosowane w walce, mniejsze wersje Metal Gear’ów – Gekko, które na wyższych poziomach trudności stanowią śmiertelne zagrożenie – jeden strzał z kopyta i Snake pada trupem, a nogi to nie jedyna ich broń. Co do Metal Gearów – doczekaliśmy się także całkiem zminiaturyzowanej ich wersji, a naszego pomocnika – Metal Gear Mk.II. To bardzo mała i sprytna bestia, działająca jako zwiadowca, może aktywować stealth i zbierać dla nas broń z pola walki, można także podkraść się do strażnika i przepuścić mu przez ciało kilkadziesiąt tysięcy volt. Gameplay, strzelanie są sycące i przyjemne, dlatego zadbano o to by po przejściu gry było co robić – dodatkowe przedmioty do kupienia u Drebina, rangi zdobywane za konkretne osiągnięcia (niektóre dość dziwne – co powiecie na rangę za bycie przyklejonym do ściany przez godzinę w trakcie całej gry?), nagrody za speedruny – masa, masa grania i odkrywania nagród, a nie wspomniałem jeszcze o MGONLINE, który też jest bardzo fajny, różni się znacząco od zwykłych strzelanek, rządzi się swoimi prawami (playboy’e heh :) i ma kilka ciekawych trybów gry.

O oprawie A/V nie będę się roztrząsał bo jak zawsze w Metalach jest doskonała, muzyka skomponowana przez Gregson-Williams’a jak zwykle nie zawodzi, soundtrack sam broni się nawet bez gry. Grafika też jest pierwszoligowa, piękne twarze, naturalna animacja, sugestywnie oddane środowiska w jakich przyjdzie nam walczyć, bliski wschód, dżungla, europejskie miasto, czy wreszcie … Ciii, sami zobaczycie.
No Place to Hide(o), hę? Obawiałem się tego hasła, że coś może nie wyjść, że coś pójdzie nie tak i z MGS zmieni się w coś zupełnie innego niż zawsze był, jednak niepotrzebnie. Hasło to było bardziej pod publiczkę bo chociaż mamy wojnę, wybuchy, ciągłą walkę i ogólnie zamieszanie – to nadal jest stary, dobry, skradankowy Metal. Nadal mamy alerty, wzywanie posiłków przez wrogich żołnierzy, pomimo tak wielu wyżej wymienionych zmian, nadal gra się podobnie jak w starszych częściach. Trzeba powoli i ostrożnie przesuwać się do przodu, ewentualnie po cichu likwidować stojących nam na drodze przeciwników – choć tu szkoda że zapomniano o bardzo dobrym pomyśle z MGS2 raportowaniu sytuacji przez strażników, pamiętacie? Stoi strażnik i powtarza co pół minuty – “nothing to report”, spóźni się z raportem, od razu wysyłają patrol. Po trailerze z Games Convention 2007 wiadome było, że jak w każdej poprzedniej części, pojawi się specyficzny oddział, który będziemy musieli pokonać, tym razem to piękne kobiety,
w egzoszkieletach – Beauty and the Beast. Fachowa ekipa, ale trochę szkoda, że ich historie nie są tak przedstawione jak w MGS i MGS2 ale też nie są tak płytkie jak ekipa Cobras z trójeczki. Starcia z bossami są pomysłowe i bardzo emocjonujące, zapewniam was – jakość zachowana, przy walce z pierwszą pięknością autentycznie się bałem bo nie wiadomo skąd zaatakuje, genialny klimat.

Dramat Snake’a podzielony został na 5 dość zróżnicowanych aktów, każdy poprzedzony kolejną nowością w serii – interaktywnym briefingiem, przeprowadzanym w bazie wypadowej – odrzutowcu Nomadzie. Interaktywnym bo można sobie zmieniać kamery, można pojeździć MkII po pokładzie i znaleźć kilka easter eggów, których swoją drogę jest tu istne zatrzęsienie i wyłapywanie ich sprawia wielką satysfakcję i jest ukłonem w stronę fanów.
Akcja toczy się 5 lat po incydencie na Big Shell. Z wojny w tradycyjnym sensie tego słowa zostaje, bardzo niewiele – na polach bitew królują Private Military Companies czyli firmy zarabiające na życie walką na czyjeś konto, nie ma miejsca na ideały, liczy się ten kto płaci. Najemnicy są podłączeni do systemu SOP – monitorującego działania żołnierzy 24/7, kontrolującego ich uczucia, ból, broń – słowem totalna kontrola.
Używane są też wspomniane, bezzałogowe Gekko, które sieją pożogę wśród rebeliantów. W tej rzeczywistości gdzieś między walczącymi stronami na pole walki wkracza nasz bohater i stara się odnaleźć w trudnej i ponurej next-genowej wojnie. O fabule nic nie mam zamiaru pisać bo to trzeba samemu przeżyć, Kojima miał bardzo trudne zadanie – musiał domknąć większość otwartych w poprzednich odsłonach wątków. Nie łatwo jest spoić w jedną, sensowną całość fabułę 20 letniej serii, przed premierą miałem pewne obawy czy to wszystko się uda. Hideo nie zawiódł, znowu mu się udało, udowodnił że jest wielki i choć trafią się rzeczy które trudno zaakceptować i które mogły być lepiej rozegrane to w ogólnym rozrachunku jest po prostu genialnie. Jest tu wszystko czego fan może oczekiwać, na nurtujące nas pytania odnośnie poprzednich części, zostają udzielone odpowiedzi, spotykamy starych “znajomych”, dowiadujemy się szokujących rzeczy, po których czasem trzeba sobie chwilkę przysiąść i przeanalizować pewne fakty. Gdy dotrzecie do czwartego aktu, zapewniam że otworzycie usta z podziwu i już wam tak zostanie do końca gry – który wywołuje podobne emocje jak w poprzednich częściach a końcówka to totalne zaskoczenie – wzruszyła mnie bardzo i mało brakło a uroniłbym łzę.

Jak już pisałem i wielu przede mną pisało i jeszcze napisze – to gra dla wielbicieli serii. Nie przechodząc starszych odsłon sagi nie wyłapiecie smaczków, mrugania okiem Kojimy a także nie zrozumiecie fabuły. Tak na prawdę to czy ktoś kto nie grał w poprzednie MGS’y w ogóle czekał na final mission Snake’a? Nie sądzę.

Jeszcze chciałbym tylko napisać że niestety nie można MGS4 z czystym sumieniem dać 10, bo kwestia techniczna pozostawia pewien niesmak – na początku 8 minut instalki, przed każdym aktem kolejne 2 minuty, a poza tym loadingi 10 sekundowe… Do tego bardzo niestabilny framerate.
Wiadomo, że to MGS – liczy się przede wszystkim fabuła, ale gameplay w 4 jest dużo lepszy niż w poprzednich częściach i można pograć dla samego funu z gry, dlatego chciałbym żeby nie było to głupio utrudnione przez takie głupie pomysły, bo można było dać jedną 15minutową instalkę i byłby spokój. Jeśli macie kilka sejwów i aktualnie gracie w 1 akt, a będziecie chcieli sobie odpalić 4 – to zgadnijcie co? 2 minuty instalki oczywiście! Strasznie irytująca sprawa i ale na szczęście to jedyna rzecz która nie zagrała, dlatego ocena brzmi:
9.9/10

ps: moje screeny z podróży przez MGS4 będą w nadchodzącej galerii, a tym czasem zobaczcie jakie modelki odegrały rolę Beaty and the Beast Unit’u:

Prawda, że Lyndall Jarvis rządzi i dzieli?

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.